02 października 2012

Rozdział 29

Kiedy się ocknąłem, z początku nie wiedziałem co się stało. W mojej głowie majaczyły tylko niejasne obrazy czy dźwięki, których jedna nie dało skleić się w logiczną całość. Dotkliwy ból w kręgosłupie, nieprawdopodobne zawroty głowy oraz cholerna suchość w gardle, dały mi pewność, że w moim perfekcyjnie uporządkowanym świecie stało się coś, co zakłóciło porządek.
Omiotłem spojrzeniem pomieszczenie. Białe ściany, białe firanki, biała pościel na moim łóżku. Duże, przestronne, bardzo puste, nie licząc kremowej kanapy w jego prawym rogu oraz nocnego stoika, również tego samego koloru. Na suficie znajdowały się wielkie lampy, rodzaju tych, które znajdują się w salach szpitalnych...
Szpital?
I wszystkie wspomnienia powróciły - spadający samolot, paniczne krzyki ludzi... a później pustka. Biała plama na umyśle. Ale i bez tego wiedziałem, że udało mi się jakimś cudem uniknąć śmierci. Ale co z moimi przyjaciółmi? Czy im też udało się przeżyć?
Spróbowałem unieść się na łokciach, by zmienić niewygodną pozycję, w której aktualnie się znajdowałem, ale ręce jakby odmawiały mi posłuszeństwa. Były blade i chude. Miałem wrażenie, że spędziły trochę czasu pod gipsem czy coś...
Ale w tej chwili nie to było ważne. Musiałem się dowiedzieć czy moi przyjaciele wyszli z katastrofy cało...
W tym samym momencie, kiedy zastanawiałem się jak bez żadnych gwałtownych ruchów spróbować się podnieść, do pokoju wszedł niski i łysy mężczyzna, najprawdopodobniej lekarz, w otoczeniu mamy i Gemmy. Cała trójka była ponura, a na twarzy mojej rodzicielki zobaczyłem łzy.
- ... i dlatego powinny panie, jak najszybciej udać do domu. Tkwią tu panie całe dwa sześć, odkąd zjawił się tu Harry i...
- A co jeśli on się wtedy obudzi? - przerwała mu Gemma. Przeraził mnie jej głos. A brzmiała równie źle, jak wyglądała. A może jeszcze gorzej?
- Natychmiast do pań zadzwonimy - powiedział lekarz cierpliwie. - Poza tym jego aktualny stan nie wskazu...
W tym samym momencie głos zamarł mu w gardle. Z roztwartymi ustami zaczął przypatrywać się moim niemrawym próbom wstania na nogi. Wyglądał, jakby nie mógł uwierzyć, że to co widzi dzieje się naprawdę.
Mama i Gemma podąrzyły za jego wzrokiem i również zamarły. Nastała cisza, a po niej jakby coś eksplodowało. W jednym momencie Gemma zaczęła wrzeszczeć, mama usunęła się bezwładnie na podłogę, a lekarz natychmiast podbiegł do mnie, pchnął na łóżko i natychmiast zaczął mierzyć puls, mrucząc pod nosem "niesamowite, niesamowite". Chwilę później pokój zapełnił się tłumem innych medyków i pielęgniarek, którzy zaczęli skakać wokół mnie, robić różne pomiary.
Byłem tym wszystkim zdezorientowany. Czym ci ludzie tak się ekscytują? Po prostu się obudziłem. I tyle. Nie było w tym nic interesującego. No fakt, ocalałem po katastrofie, ale na pewno przeżyli również inni ludzie... Prawda?
Biedny, biedny naiwny Harry.

Posadzili na wózek i otoczyli ze wszystkich stron, tak żeby wścibskie gapie nie mogli zauważyć kto na nim siedzi. Była to jedyna rzecz, za którą byłem im wdzięczny  Nie odpowiadali bowiem za żadne z moich pytań, nie pozwolili porozmawiać z mamą ani Gemmą. Nie mogłem ich nawet dotknąć. Krótko mówiąc, byłem wściekły.
Pielęgniarka wjechała ze mną do dużego pomieszczenia, w którym znajdowało się biurko i krzesła po obydwu jego stronach. Usadzono mnie na jednym z nich. Nie zrobili tego zbyt delikatnie, bo syknąłem z bólu i spojrzałem się wściekle na pielęgniarzy, którzy szybko opuścili pokój, zostawiając mnie samego. Wgapiłem się we własne dłonie, myśląc czego mogę się spodziewać.
Odpowiedź nadeszła dosyć szybko, bo po chwili do pokoju wszedł lekarz. Zresztą ten sam lekarz, który rozmawiał z mamą i Gemmą. Tym razem nie był smutny i przygnębiony, a wręcz przeciwnie - jego ruchy były miękkie i sprężyste, a na pulchnej twarzy widniało samozadowolenie.  Usiadł wygodnie na drugim krześle  nucąc pod nosem jakąś bliżej nieznaną mi piosenkę. Wyjąwszy z teczki kilka papierów, zaczął je wertować, aż drżąc z podniecenia.
- Bo pan jeszcze orgazmu dostanie - muszę przyznać, że nie poznałem własnego głosu, ponieważ utraciłem swoją dawną chrypkę. - Co się stało z moim głosem? - wyszeptało.
- Harry - mężczyzna popatrzył się na mnie z naganną, jakby rozmawiał z pięcioletnim dzieckiem. - Nie oczekujesz chyba, że po pół roku bez przebudzenia twój głos będzie taki jak wcześniej. Ale spokojnie, to przejściowe. Jeśli leczenie przejdzie bez żadnych komplikacji, odzyskasz swoją dawną barwę.
- Chwila... Nie obudziłem się przez sześć miesięcy?!
Pokiwał głową.
- Ale doktorze... - zerknąłem na plakietkę. - Doktorze Green, przecież to niemożliwe!
- Też tak myśleliśmy. Ale jak widać jesteś tu, może nie cały i zdrowy, ale jednak się wybudziłeś. Jest to najlepszy dowód na to, że cuda w medycynie się zdarzają.
Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, wpatrując się jeden w drugiego.
- A inni... czy oni przeżyli?
Biedny, biedny naiwny Harry.

- Mamo!
Wtuliłem się w ciało mojej rodzicielki, a wielkie jak grochy łzy skapywały po moich policzkach, tworząc na nich rozmaite wzorki. Ale było to niczym w porównaniu z gigantycznym bólem w moim sercu.
Nie mogłem uwierzyć. Po prostu nie mogłem. Ale może i też nie chciałem. Bo gdybym w to uwierzył, stałoby się to prawdą, której nie chciałem znać. Nie przyjmowałem do wiadomości faktu, że moi przyjaciele nie żyją. To brzmiało jak jakiś kiepski, nieudany dowcip. Oni żyli, tak na pewno.
Ale im więcej razy tak do siebie mówiłem, tym wiadomość o nich śmierci coraz bardziej wypełniała mój mózg. Wiedziałem jednak, że nigdy, przenigdy nie będę mógł pogodzić się z ich brakiem. Oni nie byli po prostu przyjaciółmi... oni byli... jak bracia. Tak, jak bracia których nigdy nie miałem. Czwórka popaprańców ze zrytymi baniami i wrodzonym debilizmem. Jednak kochałem ich. Cholernie mocno. Byli... ah, używam czasu przeszłego... byli jednymi z istot, na których zależało mi najbardziej.
Skoro ja tak bardzo rozpaczam, to jak musi czuć się Dani, Cher czy Perrie? A szczególnie te dwie ostatnie. Zaledwie zaczęły znowu spotykać się z Niall'em i Zayn'em, los znowu ich im odebrał. Tym razem już ostatecznie i na zawsze.
Jak teraz będzie wyglądało moje życie? Nie wiem. Może razem z Cassie zamieszkamy gdzieś daleko stąd? Na przykład na Alasce. Nie, to zły pomysł. Ale choćby Norwegia. Dosyć spokojnie, przyjaźni ludzie. Może będziemy mieć dzieci? Najlepiej czterech synków - Louis'a, Niall'a, Liam'a i Zayn'a. Tak na pamiątkę, żeby pamięć o nich przetrwała. Ciekawe co na to Cassie...
- Mamo? - wyswobodziłem się z jej objęć i spojrzałem z wyczekiwaniem. - Cassie już wie, że się obudziłem? Chciałbym z nią porozmawiać.
Milczenie.
- Mamo - ponowiłem pytanie, słysząc jak mój głos się załamuje. - Cassie nic nie jest, prawda?
Biedny, biedny naiwny Harry.

Aloha xD Soł... Mówłyśmy mi, żebym wszystkich nie zabijałam... I to właśnie zrobiłam. Harry zmartwychwstał, biczys! xD Uważam, że było to z mojej strony genialne posuniecie (skromność). Rozdział nie wyszedł tak, jak oczekiwałam, ale ogólnie jest nieźle xD
No dobra, postanowiłam przedłużyć dla moim kochanych czytelników żywot tego bloga (i dla liczby wyświetleń, ale to pomińmy) i dodam jeszcze jeden rozdział. Będzie akurat 30, więc ładnie się skończy. 
A co do nowego bloga, to owszem owszem, mam już go w planach, link. Ciekawa czy zgadniecie o czym będzie...
Kocham was xx